Piękne bmwRzecz się dzieje w Polsce, takim nadbałtyckim kraju, znanym z różnych cudów. Niektóre to prawdziwe cuda, inne cuda wianki, jeszcze inne cuda cudeńka. Wiadomo, że jak jest wiele cudów w kraju to i nie brakuje cudaków, no i o takich właśnie dzisiejszy wpis.

Internety obiegła wieść, że oto w Łebie stało się coś strasznego. Nikt nie wiedział co to jest, ale każdy chciał wiedzieć i z prędkością viral marketingu dotarły do oczu wszystkich zmotoryzowanych te okropieństwa.

Co tak właściwie się stało?No nic specjalnego, nic co mogłoby zaskoczyć kogokolwiek znającego się odrobinę na motoryzacji, a mianowicie okazało się, że jeden z chętnych na szybki zarobek prawdopodobnie przeszczepił numery do innego auta, prawdopodobnie skradzionego, bo raczej w ASO nie sprzedają gotowych egzemplarzy z dziurami na numer VIN. Dlaczego piszę, że nic specjalnego? Piszę tak troszkę z przekąsem, z tego powodu, że  w naszym kraju jeździ zapewne nie jeden egzemplarz z wszczepionym numerem nadwozia, tylko wielu właścicieli o tym nie wie.

No ale do rzeczy: Aferę rozkręcił jeden z oglądających to auto, pojechał, no i samochód mu się spodobał, co sam z resztą przyznaje:

Bmw na pierwszy rzut oka całkiem ładne.

No ale po chwili oględzin zderzył się z rzeczywistością, gdy okazało się, że samochód nie był taki bezwypadkowy jak zapewniał sprzedawca i miał naprawy blacharskie:

Malowana tylna klapa, maska oraz sporo szpachli na tylnej lewej ćwiartce.

KATASTROFA!!!

No ale chęć posiadanie tej piękności była zatrważająca. Przyspieszone bicie serca spowodowane wnętrzem laluni powodowało drżenie rąk i lekkie palpitacje serca, krew prawdopodobnie odpłynęła z mózgu do dolnych części ciała powodując wzwód, oczy przysłoniła niewidzialna mgła, a może to była mgiełka z plaka? Nie ważne, bo wnętrze faktycznie mogło sparaliżować, sami popatrzcie

5

Daje radę, nie?

No pewnie, że daje i tak zapewne pomyślał oglądający, chowając miernik a wraz z nim urażoną dumę, że samochód posiada ślady napraw a sprzedąjacy go okłamał. Zapewne bił się tylko chwilę z myślami, bo czym prędzej przystąpił do dalszej części transakcji, by chwilę potem mieć już i tak super cenę jeszcze bardziej super, a właściwie to SUPER, a właściwie to SUPER EXTRA CENĘ, czyli…

Udało mi się wytargować cenę 34 tys.

Jak po każdym porządnym orgazmie wraca niestety rzeczywistość:

Po powrocie do domu zacząłem dogłębnie sprawdzać numer VIN.

Ta jest często szara i ponura, czasami drażniąca, momentami nie do zniesienia…Tak też było i tym razem, okazało się bowiem, że lalunia była delikatnie przypudrowana i spod make upu zaczęły wyłazić syfki.

No i tu zaczęły się dziwne niejasności, mianowicie samochód, który oglądałem miał inne wyposażenie niż ten z numeru VIN. Np. brak Xenonów, tapicerka skórzana zamiast welurowej.

Gwoździem do trumny okazała się wizyta w prosektorium, gdzie pokazano mu samochód po badaniach patomorfologicznych, z których jasno wynikało, że bunia musiała już przejść jedną  śmierć w swoim życiu

spalone bmw

Po sprawdzeniu samochodu w portalu autoDNA okazało się że samochód ten była doszczętnie spalony. Na portalu widnieje 10 zdjęć tego spalonego samochodu.

Łzy same zaczęły cisnąć się do oczu. Rozgoryczenie przeplatane ze złością, stracone impulsy na karcie z Idei, stracone piniondze na paliwo, stracony czas, stracone dieńgi na sprawdzenie w prosektorium. Same straty!!!Żal…żal jak cholera, a taka piękna była

LIFT PIEKNY SKORY KLIMATRONIC NAVI

Jak nie dać się podkusić. No jak!?

piękne bmw

 

Nie będę jednak wieszał psów na handlusie sprzedającym ten samochód i to nie jest jakaś solidaryzacja. Skupię się na kupującym, bo przecież każdy kij ma dwa końce. Przeanalizujmy, co go mogło podkusić do jazdy po takie auto?

Jest to bardzo proste. Kupujący chciał kupić cenę, nie samochód. Posegregował sobie po roczniku, dał cenę od najniższej, popatrzył na fotki, no i trafił na super ofertę, BMW e90 w jednym kawałku (dodajmy, że chyba pierwsze całe w 1 kawałku w tej cenie). Obejrzał zdjęcia, urzekła go w całej rozciągłości i z podnietą małolata popędził czym prędzej by nikt mu nie podkupił laleczki. Oczyma wyobraźni widział ją już na parkingu, pod klubem, na placu widział już zazdrosne miny kolegów ochające i achające, przytakujące zaradność właściciela, który niczym rycerz wziął kopie w swoje dłonie i pojechał z miernikiem łowić okazję.

Widział również rząd małolatek czekających na przejażdżkę beemwicą, które na widok takiego wnętrza z podniecenia ześlizgiwałyby się  z tych skórzanych foteli.

A tu taki fakap!Nici z zakupów, nici z kolejnych wzwodów zerkając na nią, nici z zazdrosnych kolegów i chętnych lasek. Okazało się, że nie będzie niczego-jak w polityce! Cóż dalej począć? Jak żyć?

Kolejny zawiedziony, który zamiast rozumu przed wyjazdem, zabrał na wyjazd miernik (tu można również miernik zastąpić szwagrem, instytucja o tyle lepsza, że tenże zna się też na mechanice a i pogadać można, zatem miernik jest dla tych zamkniętych w sobie) i myślał, że będzie cwańszy od wszystkich cwaniaków i jemu jako jedynemu uda się kupić w pełni bezwypadkowy, piękny, ze zgadzającym się z polską normą PN189000 licznikiem samochód.

Obrażony na cały świat głosi temu tę złą nowinę, ale czy wyciągnie jakiekolwiek wnioski? Wątpię…Znajdzie kolejny sprzęt, który również będzie tańszy od najtańszych i pojedzie z takimi samymi nadziejami i podnietą i znowu się to powtórzy co powyżej, pójdzie jak baran na rzeź i popełni kolejny wpis w internecie jakie to zrobił odkrycie.

A rada dla niego jest jedna, a zarazem lekcja-niech jedzie po taki samochód za granicę, niech spakuje w kieszeń te pieniądze co ma i niech zrobi parę tys km po Europie w poszukiwaniu prawdziwie bezwypadkowej beemki z takim przebiegiem i w super stanie. Szybko dotrze do niego, że w portfelu ma zbyt mało euro na takie zakupy…