600 kilometrów z dziewiętnastką u boku, średnio zgrabną, z delikatnie odstającym tyłkiem, aczkolwiek nie tak bardzo jak u Kim Kardashian, z twarzą całkiem ładną, smukłą, lekko pociągłą. Całkiem ładne oczy, świadczące o japońskich korzeniach, oraz niezła jak na wiek linia, no i całkiem niezły wygląd, świadczący, że poprzedni właściciele jej nie bili za mocno, nie uprawiali z nią żadnego sado maso, ani nie znęcali się fizycznie.

JAPOŃSKI INTELEKT

Samochód o którym mowa to oczywiście Primera wystawiona w ofercie,  przyjechałem na odpoczynek innym, trochę młodszym japończykiem, a mianowicie Toyota Avensisem, jednak nie było szacunu na dzielni i zbielenia oka u szwagrów, bo zrobiłem głupotę w postaci wystawienia toyki w niedzielę, no i długo nie musiałem czekać na nabywcę, bo w poniedziałek wieczorem było już pozamiatane i zostałem bez samochodu. Wtorek był zmarnowany na zrobienie 400 kilometrów by przyprowadzić sobie jakieś wozidło, miałem zabrać na przejażdżkę, coś młodszego, szybszego jednak dostałem telefon od Pani z okolic gdzie przebywałem akurat (jakieś 15km), że wyraża żywe zainteresowanie japońską motoryzacją w postaci mojego nissana i że byłoby jej nad wyraz faktycznie gdyby udało nam się spotkać w Wigilię na oględziny tego cudu japońskiej motoryzacji. Czegóż to nie robi się dla klientów, więc zajeżdżając do siebie wybór był jeden-Jadę primerą!

test primery 1.6

Jak postanowiłem, tak zrobiłem, spakowałem się i w drogę, a co. Samochód może i wiekowy, ale sprawny, więc obaw o swoje życie nie miałem. Natomiast czas od zamknięcia drzwi mieszkania do pierwszego wkur@#!%$a przy samochodzie był bardzo krótki, bo ostatni kierownik nie przestawił cudownego przełącznika od gazu drugiej generacji na benzynę, ja nie spojrzałem i po kilku przekręceniach rozrusznikiem czuć było wokół cudowny zapach benzyny, którą wolałbym wąchać w nieco innych okolicznościach, no ale cóż, stało się-samochód zalany. Dobrze, że garaż był niedaleko to dwie minuty później schodziło ze mnie ciśnienie, gdy wykręcałem świece zapłonowe z primery, luz był o tyle większy, że całą złość ze mnie spłukiwał padający prosto na moje plecy deszcz, więc relaks nadszedł szybko. Ostatnio taki manewr robiłem albo na początku liceum  w swoim pierwszym motocyklu, a właściwie jego namiastce bo był to Mińsk 125 ccm, albo mniej więcej w tym samym czasie w radzieckim cudzie techniki, którym poruszali się rodzice a mianowicie mowa o Tawrii.

Tu naszła mnie właśnie mała refleksja i muszę uderzyć się w klatę, bo zdarzyło się kręcenie świecami jeszcze kilka lat potem! Zapomniałem, że miałem kiedyś poloneza borewicza, w którym taki zabieg bywał na porządku dziennym, ale od swego koloru „szara rzeczywistość” bo borewicz był siwy, bardziej niż ja teraz auto to i tak sprawowało się wyśmienicie, nie tylko mi, ale i późniejszemu właścicielowi, bo samochód poszedł wioskę obok.

Ale wróćmy do tej japonki. Zdrażniła mnie nieco, ale oczyszczony strugami deszczu po 15 minutach kręcenia kluczami (swoją drogą świece siedzą bardzo głęboko) samochód ożył i mogłem kontynuować swojego tripa.

Zatankowałem podtlenku biedy i ruszyłem na wschód w duchu się ciesząc, że skoro nie pobawię się osiągami na trasie i dynamiką, to przynajmniej przytoczę się za półdarmo, co też się stało. Zatoczyłem jeszcze koło omijając przedwigilijny korek słoików opuszczających Warsiawę i poturlałem się „na Wyszków”. Droga sama w sobie zła nie była, aczkolwiek uciążliwa, bo pióra wycieraczek zamontowane w japońskiej suczce pozostawiały wiele do życzenia skutecznie utrudniając jazdę. No ale pretensji o to nie mam, bo primcia to taka zalotnica, niby pokazywała mi drogę jednocześnie rozmywając się z prawdą, jak to kobiety potrafią. Kokieteria ta trwała do samego przyjazdu w docelowe miejsce, bo po akcji ze świecami nie chciało mi się stać na jakiejś stacji i dobierać piór wycieraczek do tej japońskiej laluni, z resztą często te tanie działałyby tak skutecznie jak obecne, a te lepsze na stacjach mają takie ceny, że nie uśmiechało mi się dokładać 10% wartości samochodu w pióra do wycieraczek, gdy mogę sobie z hurtowni wziąć dobre Bosche w dobrej cenie.

DOBRA ŚWIĄTECZNA WRÓŻBA

Dlaczego dobra?Ano dlatego, że udało się w jednym kawałku dojechać w tak psią pogodę tyle kilometrów rasową dziewiętnastolatką, która to nie ośmieliła się ani razu sfochać, ani postawić na swoim, jak to dziewiętnastki potrafią. Bez żadnych dyskusji i marudzenia dowiozła moje cztery litery na miejsce, a to tylko rozgrzewka była, bo okazało się, że babon, który się umawiał oczywiście się wypiął na oględziny i nawet nie dał znać (na pohybel z nią) i szykowały nam się kolejne podboje wschodnich kresów.

Przyszły Święta, czas spotkań z rodziną, więc osiodłałem japonkę w dalsze zwiedzanie i zabrałem ją do teściów. Tym razem na wycieczkę zabrałem swoją rodzinę, więc japonka nawet nie próbowała nic kombinować, a i ja mając nauczkę zrobiłem „pstryk” i przy niskich temperaturach zostawiam na benzynie, wtedy pali tak jak należy i nie stroi fochów. Dziunia sprawiła się dobrze, a i miejsca sporo więc dzieciaki w fotelikach nie obijały mi nerek jak to bywa w mniejszych samochodach. Po dotarciu do „mamusi” szwagry przywitali mnie radosnym „coś Ty kurwa za sztruclem przyjechał” no i od razu zrobiła się atmosfera rodzinna. Ja natomiast niekoniecznie się tym przejąłem, bo nie każdy ma szansę powozić tak zacny wóz i nie każdego na niego stać. Furacz dostał dzień wolnego, bo wiadomo jak to jest ze szwagrami, jak to mawia mój serdeczny kolega Mirek ; szwagier to pół człowiek-pół litra więc i woźnica i kareta mieli odpoczynek.

24 h PÓŹNIEJ…

Święta ku schyłkowi, trzeba poodwiedzać znajomych, więc pakowanko i w drogę. Japonka ochoczo odpaliła nie dąsając się tak jak poprzednio (może poczuła się potrzebna i doceniona?Przecież wiadomo, że one lubią być tak dopieszczone). I ruszyliśmy w drogę. Okazało się, że jest cholernie ślisko, i jazda z prędkościami wyższymi niż 70-80km/h była samobójstwem dlatego turlałem się grzecznie, a japonka na tej śliskiej nawierzchni jak Zbyszek Bródka pożerała kolejne kilometry jadąc do celu. Wycieraczka już nie drażniła tak jak wcześniej, bo sąsiad miał gumki na wymianę, które okazały się strzałem w dziesiątkę, bo zbierają wodę całkiem dobrze.

EPILOG

Japonka jak na swoje pochodzenie przystało wydaje się być całkiem sensownym wozidłem, można przyczepić się do odzywającej się czasami na nierównościach tylnej klapie, ale każdy duży hatchback z tych lat będzie miał podobnie, można wybaczyć, że po padającym deszczu, który postanowił zamienić się w śnieg i zamarznąć w nocy zamki postanowiły zrobić to samo. Takie rzeczy po prostu sprawiają, że samochód nie jest dedykowany tylko dla półmózga, którego jedynym oknem na świat są brazylijsko-wenezuelsko-chilijsko-meksykańskie telenowele, ale dla człowieka, który ma odrobinę pod czaszką i nie jest to wodogłowie. Po 600 kilometrach w jej siodle czuje się odrobinę ducha czasów które minęły, czyli porządnych, dobrych samochodów, które mają z wyposażenia wszystko co potrzebne, a nie wymagają do obsługi joystika, czy innych wielofunkcyjnych pokręteł, wiele rzeczy można ustawić nie odrywając wzroku od drogi, a przy tym po zgaszeniu i popatrzeniu na deskę wszystko jest tak poukładane, że aż nudne. Spod dystrybutora wychodzi jak w mordę 8 litrów gazu, co uważam za wynik wręcz świetny, jak na pojemność. Tanie w zakupie, tanie do jazdy-kiedyś coś podobnego sobie kupię i będzie robiło jako safety car, na tą chwilę primcia szuka nowego domu, bo po to została kupiona. Trafi w ręce, gdzie żona nie będzie obawiała się mieć dziewiętnastki w obejściu, a facet będzie miał jaja by z godnością jeździć dorosłym autem, a nie nowoczesnym plastikiem. Test primery 1.6 zakończony, choć jazda jeszcze nie, bo w najbliższy tydzień zrobi kolejne 600km, a może i więcej…

Ciekawe czy obecne 3-5 latki będą dojrzewały z taką klasą…