Tego jeszcze nie grali…wystawiłem swego czasu samochód. Zwykły, normalnie używany, nie picowany miejski krążownik. Zrobiłem mu kilka zdjęć i poszedł „w internety”. Pewnego dnia telefon, sto pytań do, na które odpowiedziałem zgodnie ze stanem faktycznym, no i umówiliśmy się na oględziny. Przyjechali, cała rodzinka ojciec, matka i córka. Samochód miałby być dla córki, która ujeżdżała już jeden samochód szukali czegoś do zmiany, bo tamten się sypał , rdzewiał i prawdopodobnie skończył na samochodowym cmentarzu, czyli stacji demontażu pojazdów. Rodzinka całkiem miła, z tych normalnych zdawało się na pierwszy rzut oka, na drugi rzut w sumie też. Ot typowa polska rodzina, która ma w miarę normalny status społeczny, która to w ramach swojej poprawy komfortu życia sprawiła samochód klasy D, 3 letni a poprzedni pojazd zostawili córce na dobicie co też skutecznie uczyniła.

Również  przez pryzmat swojego dużego trzylatka oglądała mojego dziesięciolatka klasy B, czyli typowego mieszczucha co raz porównując co to ich obecny samochód ma, a nie ma mój, no ale to w zasadzie normalna sprawa, znaczy nienormalna, ale taka do której przywykłem. Tak więc uświadomili mnie, że ich pojazd ma cztery elektryczne szyby, a mój korbotronik, wytknęli manualną klimę, bo w ich jest taka co to ustawia się temperaturę, kolejnym minusem był brak podłokietnika w moim małym mieszczuchu, no niby wszystko racja, tylko ja to wszystko napisałem w ogłoszeniu, więc bardzo miło mi się zrobiło, że się dowiedziałem czegoś na temat samochodu który sprzedaję. Po wysłuchaniu historii o ich nowym samochodzie jakie to tanie dobre samochody są i upływu kilkunastu minut w końcu skupili się na mieszczuchu.

No i tutaj zrobiło się ciekawie, do akcji wjechała mamuśka z córką, a ojciec wycofał się delikatnie , odpalił jointa (znaczy się papierosa) i miarowo pociągał dymka do płuc. Ja również się delikatnie cofnąłem, bo sam nie lubię jak ktoś zagląda mi przez ramię w czasie oględzin. Zaczęliśmy rozmawiać o sprawach z zakresu motoryzacji różnej. Ojciec wyglądał jak treser, który spuścił swoje psy by goniły królika. Brzuszek, wąs, żarzący się szlug w ustach i spokój, zupełny spokój przerywany czasami niezbyt mądrymi pytaniami żony, która w odpowiedzi słyszała głębokie westchnienia bądź zdawkowe odpowiedzi.

Pierwsze pytanie od córki, dlaczego on nie ma takiego dużego radia. Hmm cisnęła się na usta odpowiedź, że powinna się cieszyć, że nie wystają kable po radiu jak w radomskich komisach i że nie dostała numeru do aukcji allegro, gdzie wystawione jest dedykowane radio do tego samochodu, ale grzecznie odpowiedziałem, że to krajówka, dość goła, doposażona o klimę i że dobrze że jest porządne radio mp3 z wyjściem aux, bo niektóre samochody nie miały nawet instalacji radiowej, albo trzeba było dopłacić za taką. Ciężkie to było do przełknięcia bo oczami dziewczyna widziała się w samochodzie z radiem 2 DIN.

Drugie pytanie było o klimatyzację, odpowiedź była szybka, że jest sprawna i można sobie sprawdzić. Córa popatrzyła, bąknęła, że szkoda że nie ma elektryki, ale jej się podoba i jest na tak.

Wtedy do akcji wjeżdża starsza kobieta, widać, że nie pierwszyzna w temacie, bo w końcu kupili 2 samochód w życiu i przeczytała pewnie z osiemnaście internetowych poradników, bo dokładnie tak się zachowywała. Nazwijmy ją pani Ania.

A więc pani Ania nakazała otworzyć maskę. Po otwarciu przywitał ją zakurzony silnik, czego nie omieszkała skomentować, no a silnik w kilkuletnim samochodzie, który nie topił się w rzece bądź nikt go karczerem nie dopieszczał ma prawo być zakurzony, no ale jak widać w pewnych kręgach nie. Po odpaleniu kilka pytań o sprawy techniczne dotyczące silnika, kiedy zmieniony rozrząd, oleje, czy nie ma wycieków i tym podobne sprawy. Silnik chyba przeszedł do kolejnej rundy bo nakazano zamknięcie maski. Miałem przeparkować pod latarnię bo w międzyczasie zrobiło się trochę ciemno i zaczęło się dalsze oglądanie. Treser stał cały czas w półcieniu odpalając kolejnego papierosa i uważnie patrząc na poczynania żeńskiej części wycieczki.

inspekcje samochodówPani Ania (z panieńskiego musiała mieć na nazwisko Suwmiarka) mozolnie zaczęła porównywać szczeliny między maską a błotnikami, między błotnikami a progami itd. Nie pasowało jej z jednej strony, że błotnik na dole nie schodzi się idealnie z progiem i podsumowała, że tam musiało coś być (oczywiście nie było), coś tam pomruczała i odkryła coś nieprawdopodobnego…zauważyła, że nad zderzakiem z tyłu jest odprysk lakieru (1,5cmx2mm szer), skupiła się mocno na tym, drapała paznokciem czy czasem rdza tam nie wychodzi, w końcu 10 lat to nie wypada by cokolwiek się pojawiało.

Pani Ania wypytała o opony, sprawdziła ich DOT, zaczęła zgłębiać tematykę opon zimowych,  czy są, w jakim stanie, czy na felunku czy wersja bieda i same opony (tu lekkie rozczarowanie, bo były same opony, aczkolwiek w bdb stanie). Kolejna seria pytań 1 z 10, tylko że rolę Tadeusza Sznuka pełniła Ania Suwmiarka, a typowanym do odpowiedzi byłem ciągle ja. Ile jest kluczyków, dlaczego tu jest odprysk, czy szyby oryginalne (szukała potwierdzenia bo sama wcześniej sprawdziła). Po takim maglowaniu padło pytanie o cenę…

Jak ja uwielbiam jak ludzie palą franka, że nie wiedzą jaka cena w ogłoszeniu była tylko pytają: To ile Pan ceni? Odpowiedziałem, że tyle co w ogłoszeniu, a oni, żebym coś opuścił, że są zainteresowani itp. Chwila targów rodem z  targowiska i obie strony doszły do porozumienia. I co następuje w takich przypadkach?No po ustaleniu ceny następuje przejście do kolejnego etapu, czyli pisania kwitów tak?No zazwyczaj tak to się kończy, ale nie tym razem…

Pani Suwmiarkowa rzekła do tresera, że zabiorą furę do Krzysztofa co to ma mechanikę i diagnostykę, żeby sprawdził samochód. Diagnostyka oddalona o 25km, jest godzina ok 19, no ale ok, nasz klient nasz pan, zgadzam się i chwilę potem podróżuję z Suwmiarkową i córką w moim samochodzie, a treser za nami pomyka swoim 3 latkiem. Zajeżdżamy na miejsce, schludna diagnostyka, wysiadam, podchodzi do mnie Krzysztof Dociekacz z teczuszką w której znajduje się komputer diagnostyczny, wyciągnął go, włączył zapłon, odpalił, ale nie przywitały go żadne lampki więc schował narzędzie i wjechał na ścieżkę diagnostyczną. Obejrzał samochód dookoła, skomentował, że „wygląda ładnie”. Potem rzucił na ścieżkę i sprawdził zawieszenie i hamulce.

No i zaczęło się…pogonił swojego pracownika Jurka Sinonosa by obadał co pod autem słychać, Jurek wlazł, poszarpał ręką za wahacz, zobaczył czy są wycieki z silnika i melduje co następuje:z maszyny wynika że zawieszenie ok, ale hamulce z tyłu nierówno biorą, więc bębny do wymiany i tłoczki pewnie też. Tarcze z przodu do wymiany, bo widać rdzę, klocki mogą być ale też do wymiany. Teraz stan faktyczny-samochód stał 3 tyg, więc faktycznie te hamulce mogły nie do końca zbierać równo, bo nie pytowałem potem i ostrego hamowania nie było, stąd nalot na tarczach z przodu, klocki zużycia miały ok 30% więc jeszcze na długo byłyby ok, tarcze to samo. No ale diagnoza jest diagnoza. Sinonos wylazł z kanału a Dociekacz rachuje w głowie i mówi, no z tysiąc złotych wyjdzie za te naprawy. Ja mu mówię, że prawdopodobnie wystarczy zmienić 2 reperaturki tłoczków (po jakieś 15zł/szt), sprawdzić stan okładzin, jeśli złe to zakupić nowe a przód jest dobry tylko auto stało.

No ale panie, tam jeszcze przewody do zmiany bo korozja na nich, to wie Pan, trzeba opuścić. Ja mu mówię, że targi to już były i spokojnie za wytargowaną kwotę to zrobią, ale Dociekacz dalej swoje, że jak to tak i że powinienem opuścić drugi raz. W tym momencie troszkę mi się gul huśnął, ale rozmawiam z gościem dalej,  widzę, że jak grochem o ścianę, ja swoje, on swoje. Więc powiedziałem w końcu, że niech zapłacą kwotę taką jak wystawiłem i usunę im wszystkie wymienione przez Krzyśka Dociekacza usterki, wymienię na nowe, na fakturę za części i za wymianę, oraz ponownie będą sobie mogli tu przyjechać na kontrolę.

Poszli wszyscy na naradę z Dociekaczem i co im powiedział?Żeby nie brać-no i nie wzięli. Czy jestem zdziwiony?Nie bardzo, bardziej zaskoczony, bo zdziwić mnie w tym zawodzie już pewnie niewiele zdziwi ale wiele zaskoczy. Proces myślowy klientów jest naprawdę ciekawy i można by doktorat napisać. Nie wziąć bezwypadkowego, w pełni sprawnego samochodu, bo trzeba coś w nim zrobić (aczkolwiek samochód hamował normalnie, no ale skoro na maszynie wyszło to nie dyskutuję), zaproponowałem full opcję czyli odbiór auta zrobionego i dalej było źle, bo handlarz powinien opuścić 2 razy, raz przy targowaniu a dwa przy rozliczaniu. Dziki kraj, dzikie ludzie.